Monika Bułaj – Nur. Ukryte Światło Afganistanu

Samotna podróż po ziemi Afgańczyków. Dzieląc głód, sen, zmęczenie, modlitwy, zimno, strach, łzy, szepty, śmiech. Wędrowałam od granicy Iranu do Chin w śniegach Pamiru. Autobusem i taksówką. Na piechotę i ciężarówką. Konno, jakiem i osiołkiem.

Balch, Pandższir, Samangan, Herat, Kabul, Dżalalabad, Badachszan, Korytarz Wachański, Chost wa Firing - kluczyłam, by uniknąć bandytów, według zawiłej geografii bezpieczeństwa, znanej tylko mieszkańcom Afganistanu. Rozmawiając z Afgańczykami zaczęłam rozumieć, że wojna jest samożywnym mechanizmem obracającym miliardami, gotowa płacić łapówki własnym wrogom. 

Monika Bułaj - reporterka, podróżniczka, fotograf, aktorka i reżyser teatralny. Nieustannie podróżuje po Europie, Azji i Afryce. Z wykształcenia filolog, studiowała też historię, antropologię i biblistykę. Włada dziewięcioma językami, w tym arabskim i perskim. 

Jej fotografie i reportaże publikowały m.in.: „GEO”, „National Geographic”, „Corriere della Sera” oraz „Courrier International”. Dotychczas przygotowała ponad pięćdziesiąt wystaw indywidualnych we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Egipcie i na Węgrzech. Jest autorką kilku filmów dokumentalnych. Wydała pięć książek.

Nie chciałam poznawać Afganistanu jako reporter w hełmie kewlarowym i przy kontyngencie wojskowym, i tak odnalazłam świat, który - od Eilly Maillart do Nicolasa Bouviera - Europejczycy kochali, a który, po kilkunastu latach wojennej obecności, wyrzekli się poznawać. Kolebkę sufizmu i tolerancyjnego islamu. Ziemię poetów, znienawidzoną przez talibów i zagrożoną naszą tezą o zderzeniu cywilizacji. Kraj nagi i mineralny, gdzie drzewo pokazuje się w pełni majestatu a ludziom nie starcza miejsca na pychę. Pustynie, gdzie wołanie “Bóg jest wielki” brzmi dosłowniej niż gdzie indziej. Ziemię wypaloną, o bezmiernych niebach i tak zalaną słońcem, że trzeba chronić się w półcieniach domów, świtów i zmierzchów, szukając światła w ciemności, by jego rysem dać kształt przedmiotom i błyskom spojrzenia.

Kraj rozpaczliwy, gdzie kobieta jest gnębiona przez swój ród, a opium jest jedynym lekarstwem ubogich, ale w którym cudzoziemkę można gościć w meczecie a urzeczenie wędrowca zostanie pobłogosławione łzami. Państwo, gdzie uczniowie narażają życie w drodze do szkoły, a dzieci biednych przedmieści wstają o czwartej rano, by przytargać wodę na osłach. I też kraj niebywałego poczucia humoru, którego mieszkańcy potrafią śmiać się z siebie w najczarniejszych chwilach, obdarzają szacunkiem starszyznę i są świadomi, że jedyna możliwa przyszłość jest w szkole i w dzieciach, które jutro będą dorosłe.

Nur to światło po arabsku i persku. Po świetlistym ogrodzie Afganistanu instynktownie chodziłam jego ścieżkami, znajdując zarzewia nadziei w najbardziej niespodzianych miejscach, na dnie najczarniejszej rozpaczy.